Świat kiedyś zapyta cię kim jesteś, jeśli nie będziesz wiedział, świat ci odpowie.

„Wie Pani co, mnie to nawet nie chce się dla siebie gotować. Jem bo trzeba. Wiadomo. Ale nie widzę zupełnie w tym sensu… Bo jak gotowałam dla nas, to jakoś tak lepiej… ” wycedziłam do terapeutki z opuchniętymi od łez oczami na miesiąc od traumatycznego rozstaniu. 

„Uważa pani, że nie jest pani warta gotowania dla samej siebie?” 

Zatkało mnie. Przecież wcale tak nie myślę! Coś jednak nadawało inną barwę temu gotowanie dla dwoje. 

I tak zaczęłam. 30-letnia ja zabrałam siebie na randkę. Kupiłyśmy sobie wino, zrobiłyśmy krewetki królewskie z warzywami i makaronem ryżowym. Nakryłam stół, zrobiłam klimat, dźwięki elektronicznego chilloutu wypełniły pokój. Pierwszy raz w życiu tak pieszczotliwie przyszykowałam coś dla samej siebie. Celebrowałam ten posiłek, ale to było zupełnie coś nowego… niby wygodnie, ale jakoś inaczej. Taka właśnie – pierwsza randka. 

Straciłeś Czytelniku kiedyś osobowość? Ja mam wrażenie, że ja tak. Na kilka lat. I była to tylko i wyłącznie moja wina. Tak bardzo uzależniłam się w relacji od kogoś, że po rozstaniu nie miałam pojęcia kim jestem. 

„Posiekaj rukole. Nie lubię takich dużych liści”. Siekam. Przez jakieś 5 lat (…wiem, wiem. Dużo jedliśmy tej rukoli… :)). Siekam ją z każdym razem, bez większej rozkminy. Miesiąc po rozstaniu, już na swoim, wyciągam rukolę z opakowania, kładę na desce i automatycznie zabieram się za siekanie…. Zatrzymuje się w pół ruchu. „Oooo nie. Momencik…”. Z dumną wrzucam całą rukolę do miski. 

Chwilę później przeżuwam, a kawałki liści wystają częściowo z mojej buzi, na twarzy jednak wymalowana prawdziwa duma. Po raz pierwszy od dawna zapytałam siebie – a ty Zuza, jaką chciałabyś jeść rukolę?

„Świat kiedyś zapyta cię kim jesteś, jeśli nie będziesz wiedział, świat ci odpowie.”

Carl Jung

Kim jestem? Jeśli nie skomunikujesz się z odpowiedzią na to pytanie, inni zrobią to za Ciebie. Dostaniesz metki jako ozdobę od innych ludzi i z całą dozą prawdopodobieństwa wejdziesz w rolę jaka przypiszą Ci inni. A oni w sumie tylko na to czekają. Wszyscy przecież wiedzą lepiej od Ciebie. Wiedzą lepiej od Ciebie Czytelniku, co dla ciebie dobre, co powinieneś zrobić i czego chcesz. Dałeś im na to miejsce, bo sam siebie nigdy o to nie zapytałeś… 

Zbliżenie do siebie wymaga odwagi. Bo to nie jest tylko „me time”, czyli miłe kolacje z samym sobą, robienie kąpieli z bąbelkami, kupowanie sobie zapachowych świeczek i wcieranie olejków w ciało. Prawdziwe zbliżenie do siebie to zaakceptowanie tego całego bagażu gówna, który właśnie ze sobą przytargałeś. Kompleksy, egoizm, strach, dwulicowość, pycha. Złe wybory, zmarnowany czas, krzywda na innych, krzywda na sobie – wpisz dowolne. 

Wyobraź sobie, że  zaprosiłeś takiego siebie na kolacje. Wytrzymasz? Czy odejdziesz od stołu bo się brzydzisz tą osobą? 

I mam wrażenie, że to właśnie prawdziwe oblicze akceptacji samotności. Umiejętność wytrzymania ze sobą samym w pokoju bez poczucia pogardy czy nieważności. Bo skoro sam siebie unieważniasz, dlaczego mają tego nie robić inni? Poznaj siebie, dowiedz się czego chcesz, wybacz sobie to wszystko co do siebie masz, a potem usiądź i z dumą zjedz tą nieposiekaną rukolę.

ZS